podróżna ufchwila

Po całym dniu opracowywania strategii wyjazdowych, pakowania, szukania Demolki w stosie reklamówek, wsiadamy do auta. To prawdziwa  ufchwila choć w głowię i tak zawsze kłębi się myśl „mam nadzieję, że tym razem niczego nie zapomniałam”. Odkąd Demolka jest z nami każdy, nawet weekendowy wypad, to nie lada wyzwanie. Choć z drugiej strony to dobra motywacja na uporanie się ze stertą prasowania, która niecierpliwa po tygodniu zaczyna wychodzić z szafy. Bo trzeba przygotować cały zapas bobaskowej garderoby, przy której nawet kobieca wymięka. I nie chodzi tu o wymysł Matki, która chce stroić swojego małego mężczyznę, to po prostu ten wrodzony talent do każdorazowego umorusania przy posiłku. Chciałaś Matko BLW i samodzielne jedzenie to masz . Garderoba to jedno, Matka na czas wyjazdu w gotowanie się nie bawi, wszakże najlepiej czuje się w swojej kuchni. Pakuje więc zapas słoiczków, tych co to mogłyby niejednego przeciętnie zarabiającego o bankructwo przyprawić, jakby chciał dziecko tym karmić codziennie.  Także takie „rarytaski” tylko na wyjazdy. Kosmetyków do pielęgnacji stosunkowo nie dużo pakuje,  gdyż Demolka prócz kąpieli na inne zabiegi niechętnie się godzi.  Do tego dochodzi wózek, krzesełko do karmienia, no i wiele innych… ale to już nie będę wyliczać bo zaraz zwątpię czy zabrałam 😉 W każdym razie tatinek odpalając auto pyta:

 „Mamy wszystko?”  słysząc matkowe zwątpienie  sam odpowiada „Mamy siebie –  to najważniejsze, możemy ruszać w drogę”

To tyle by było w temacie pakowania 😉 Samochodowe fifirifi (które mi tatinek zafundował) i sen Demolki pozwoliły na szybko naskładać literki 🙂

Ogłaszam przerwę świąteczną i życzę wszystkim Wesołych Świąt i śnieżnego Zająca (to chyba nieuniknione) 😉

Reklamy

Królowa Matka Karmiąca

To nie są żarty, dwie matki po dwóch stronach barykady. Jedna dumnie wypinająca pierś, druga dzierżąca w dłoni butlę z mlekiem. Szykują się do walki niczym matki pszczele, obie są zdeterminowane i zrobią wszystko by zostać Królową.

Karmienie piersią kontra mlekiem modyfikowanym to przedmiot odwiecznych dyskusji i sporów, który najbardziej widoczny jest właśnie  między matkami. Kiedy brak odwagi by powiedzieć coś wprost, najłatwiej wykrzyczeć to w sieci, można obrzucić kogoś błotem i przy tym nawet nie pobrudzić sobie klawiatury.

I tak w pierś karmiącej trafiają rzucane epitety „dojnej krowy” pełniącej rolę „mleczarni”, której to natura odpłaci w postaci „wiszących wymion”. Z kolei matka karmiąca mlekiem modyfikowanym okrzyknięta zostaje „egoistyczną, wygodną pseudomatką” czy „inkubatorem”. Pozwolę sobie odstąpić od cytowania, gdyż im dłużej się to czyta, tym o większą słabość przyprawia.

Jako matka karmiąca naturalnie, przyglądająca się tylko walce na ringu, zadaje sobie pytanie w czym tkwi problem? Bo na pewno nie chodzi o dziecko. Dochodzę do wniosku, że każda z tych walczących matek chce być idealną, wspomnianą na początku Królową Matek, którą wszyscy będą podziwiać i jej się w pas kłaniać. Chce się dowartościować i chyba nie jest do końca spełniona.

Dwa bobasy przyglądają się walce matek jeden pyta drugiego:

–  Jesteś głodny?
–  Nie, a Ty?
–  Ja też nie, więc o co tyle krzyku…. ?
–  Nie wiem, chciałbym się do niej przytulić …

Zdaje się, że sposób karmienia jawi się w tej walce jako istota macierzyństwa.  Zanika kwestia  bliskości i ciepła, a przecież to one są najważniejsze. Nieistotne czy karmimy butlą czy piersią, ważne by nasze dzieci nie odczuły głodu miłości . To wszystko.

ojciec zamknięty w probówce

Matka kąpie się  w wannie, próbuje się zrelaksować po ciężkim dniu. Nagle słyszy dobiegający z pokoju płacz dziecka. Do jej uszu dociera głos  ojca, który próbuje uspokoić malca . Bezskutecznie, żeby nie powiedzieć z odwrotnym skutkiem. Matka wyskakuje z wanny, przejmuje dziecko i jak ręką odjął. Ojciec odsuwa się na bok.

Pierwsza myśl jaka rodzi się  w głowie….

„Biedna,wszystko na jej głowie, nawet nie ma chwili dla siebie”, „Tak wygląda rzeczywistość matki” . Może się mylę, ale przypuszczam, że większość w taki lub inny sposób wykaże się empatią w stosunku do  niej. Skąd takie przypuszczenie? Sama nie wiem. Łatwiej chyba ocenia się sytuację z bliższej nam perspektywy. A może sedno tkwi w tym, że tak wiele mówi  się o osobie matki, że zdaje się ona przysłaniać osobę ojca.

A gdybym napisała tak: Do jej uszu dociera ciepły i czuły głos ojca, który próbuje utulić malca do snu. Bezskutecznie, żeby nie powiedzieć z odwrotnym skutkiem. Matka wyskakuje z  wanny, przejmuje dziecko i jak ręką odjął. Ojciec odsuwa się na bok, Matka dostrzega to w jego oczach- odchodzi zasmucony.

To tylko ubarwiona emocjonalnie wersja. Jednak wszyscy dobrze wiemy, że mężczyźni raczej nie uzewnętrzniają i rzadko rozmawiają o swoich  uczuciach.  Nie dlatego, że są ich pozbawieni, raczej taka ich natura.  My – matki – nie mamy z tym problemu, wręcz przeciwnie. Może dlatego ojcostwo w starciu z macierzyństwem zdaje się być na nieco słabszej pozycji. Choć rodzicielstwo to nie ring, a my nie toczymy ze sobą walki o dziecko, przynajmniej tak być nie powinno. Czasem zwyczajnie potrzeba nam wzajemnego zrozumienia i spojrzenia z perspektywy tej drugiej osoby.

Nasuwa mi się tu pewna myśl,odnaleziona dziś w sieci Matkę kocha się „z automatu”, ojciec na miłość musi zasłużyć”. Nie jest to reguła, ale z mojego punktu widzenia sporo  w tym prawdy. Zdaje się, że mamy pewnego rodzaju ” przewagę” już od samego początku. Najpierw ciąża, gdzie tak naturalnie budzi się więź między matką i dzieckiem. Okres adaptacyjny po porodzie, gdzie jesteśmy w roli głównej, zwłaszcza gdy karmimy naturalnie. Zazwyczaj to matka zostaje z dzieckiem , a ojciec wraca do pracy. Niestety często ich wspólne chwile sprowadzają się do porannego pośpiesznego „dzień dobry”  i schabowego zagryzanego przy rodzinnej obiadokolacji. Choć  dla ojców rozdzielonych z rodziną, pracujących za granicą czy w delegacji, nawet to zdaje się być rarytasem. Pojawia się problem ojca nieobecnego,  nie zawsze z własnego wyboru. Żeby można było mówić o tęsknocie potrzeba uczucia, ojciec niewątpliwie ma tu trudniejsze zadanie, najpierw musi je w dziecku obudzić.

Dużo  słyszymy o matce, której jest trudno bo przytłoczona obowiązkami, opieką nad dzieckiem często nie daje rady. Sporadycznie  o ojcu, przygniecionym odpowiedzialnością walki o godny byt dla swoich bliskich, zapędzonym w tygodniowym kieracie, któremu niekiedy trudno o statystyczne 40 minut na obcowanie z dzieckiem. Ojciec odpowiedzialny, ktoś więcej niż dawca nasienia, który broni się przed zamknięciem w „probówce” z jednoznacznym skazaniem na bycie nieznanym i nieobecnym w życiu dziecka.

ps. nie byłoby pewnie tych medytacji gdyby nie Sedna i jej Mężczyzna gwałcony

muffinkowa moc

Z Matki nigdy nie był żaden masterchef. W miłości też nie wchodziła przez przysłowiowy żołądek do serca. Ba, nawet przy pierwszej kuchennej randce z małżonem w głowie miała wielki mętlik panierkowy. W erze wczesnomałżozoicznej swe kuchenne poczynania opierała głównie na gotowych sproszkowanych pomysłach. Ale żeby nie było,  te w 5 minut albo instant czy inny studencki mix miała już za sobą. Małżon nie narzekał, rodzina zgodnie twierdziła, że na zabiedzonego nie wygląda. Nie było więc potrzeby kuchennych rewolucji. Wszyscy zdawali się być ukontentowani. Turbodoładowanie w karierze kuchennej stanowiły głównie pieczone wybryki, ale to raczej przez słabość do słodkiego i w myśl zasady Cukier krzepi.

Matce kuchnie do góry nogami Demolka zaczął wywracać. Nie z powodu kuchennej rozpierduchy, bez której się oczywiście nie obyło i natenczas nie obywa. W kuchni  wytropiła okazję do chwilowej ucieczki, wyciszenie w tym kontekście zdaje się brzmieć zbyt górnolotnie. Mało tego znalazła w gotowaniu coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyła w kuchni. A wszystko za sprawą marchewkowych muffinek upieczonych  z myślą o Demolce. I tu już nie będzie ściemniać, wzniosła się na poziom skowronka, gdy zobaczyła z jakim apetytem rozsmakowuje się w nich ukochany dzióbek. Serce zabiło mocniej na zbierane okruszki z podłogi 😉 Nawet komentarz śmierdzą marchewką małżona, nie zdołał ustrzelić z poziomu ptaka. Zresztą tym razem nie jemu miało smakować. Matka poczuła w sobie muffinkową moc i gotowość na kuchenne rewolucje 🙂

ps. Matki muffinka nie taka piękna i wymyślna jak z obrazka, stąd ilustracja źródłowa 🙂

mejkapu’ ala indiana budowniczy belfer

Odkąd Demolka pojawił się na świecie Matka musiała opanować sztukę szybkiego makijażu. Raczej nie pokazuje się w wersji bez mejkapu’ na mieście. Nie ma to tamto drobny retusz musi być 😉 Robi to dla własnego lepszego samopoczucia i jak się okazuje tylko dla siebie 😉 przynajmniej do takich wniosków dziś doszła.

Nie wiem czy znacie faceta, który potrafi docenić kobiece starania w tym względzie. Ja nie, mało tego dziś mnie uświadomiono, a raczej Demolkę jak to wygląda z testostera strony.

W każdym razie Matka przybiera barwy wojenne albo jeszcze lepiej jest jak Bob Budowniczy. Bo ten pyłek ( puder) wygląda jak gips 😉  A i pamiętajcie każdy wyprysk potraktowany i skrzętnie ukrywany pod kropelką korektora jest błędem ortograficznym na twarzy. No więc Matka coby nawiązać do korekty błędów podkreśliła usta czerwoną szminką 🙂

I tak stworzyła nowy trend w dziedzinie mejkapu’  indiana budowniczy belfer, o jakim nawet nie śniło się poetom.

Na koniec Matce powiedziano, że nie musi tego robić bo i tak wygląda pięknie więc chyba wypaliła opcja druga, jeśli tak cel osiągnięty 😉

Matki frustratki

Ktoś powie – matki frustratki – ciągle narzekają, a to, że zmęczone, niedospane, z wszystkim same  pozostawione…

Frustracja (łac. frustratio – zawód, udaremnienie) – zespół przykrych emocji związanych z niemożliwością realizacji potrzeby lub osiągnięcia określonego celu. Czasem frustrację definiuje się jako każdą sytuację, która wywołuje nieprzyjemne reakcje: ból, gniew, złość, nudę, irytację, lęk i inne formy dyskomfortu. Frustracja może być na przykład reakcją na przeszkodę w osiąganiu celu, do którego się dąży” *

Nie czarujmy się matki często przeżywają zawód w starciu wyobrażenie o macierzyństwie kontra rzeczywistość. „Gdy frustracja jest niespodziewana, jest silniejsza” *. No i w tym aspekcie trudno się dziwić kobietom, które całą ciążę karmione są oblaną lukrem wizją życia z  dzieckiem. Przychodzą pierwsze trudności i nagle pojawia się szereg nieprzyjemnych reakcji. Burza hormonów jeszcze nakręca całą machinę, matka chce to zmienić, a zwyczajnie nie potrafi. Często dochodzi do tego niemożliwość realizacji podstawowych potrzeb choćby snu. Jak się okazuje powiedzenie „śpi jak niemowlę” to ściema bo nie śpi prawie wcale albo zaraz obudzi się z krzykiem. I nie ma, że z tego wyrośnie, przez całe macierzyństwo były są i będą pewne formy dyskomfortu.

Ale żeby nie było, że Matka zachęca do pesymizmu obronnego i nastawienia na to co najgorsze. Wręcz przeciwnie. Ważny jest dystans, akceptacja,  że czasem frustracja, czasem euforia. Zbyt długa równowaga zdaje mi się być pewnym stanem uśpienia uczuć, emocji, wszystkiego… Jeśli tak jest, to chyba wolę huśtawkę i pełną świadomość, że to się dzieje naprawdę…Wychodzę z założenia, że lepiej dać upust frustracjom na zewnątrz niż pielęgnować, hodować je w sobie. Wiem, że mogą się zadomowić, a wtedy trudniej się ich pozbyć.

Jeśli Matka Frustratka krzyczy, to walczy jeśli milczy to się poddała…

dedykuje tym, którym jest trudno, właśnie teraz …

* źródło : http://pl.wikipedia.org/wiki/Frustracja

Mamut łoczinguje

Tak się zastanawiam czy to mojego Mamuta dopadł kryzys wieku średniego czy co. Od rana do wieczora chodzi łoczinguje i mnie strofuje. Dziś chciałem sobie wynotować czego nie wolno, oczywiście bezskutecznie. Mógłby się mój Mamut trochę wyluzować, a nie powtarza do znudzenia tego nie wolno, nie rusz, zostaw. Nawet nie mogłem dziś uczcić światowego dnia wody i zanurkować w sedesie.

Od jakiegoś czasu usilnie próbuję podejrzeć i zaskoczyć od tyłu te stworki z telewizora, ale się nie da. Do zmowy dołączył papcio zgredek. Nawet próbują mnie sposobem, jak tylko majsterkuje przy szklanym okienku, liczą do trzech nie wolno, a później tylko  za kraty (do łóżeczka)  i odsiadka. Myślą, że to moje Alcatraz, a ja już obmyślam plan ucieczki.

I te ciągłe pogadanki o moim bezpieczeństwie… przecież i tak zawsze alarmuje, jak coś się dzieje nie tak. A ja lubię adrenalinkę, jak mówią inne bobasy: jest ryzyko jest przyjemność i frajda na całego. Nie to co czytanie książeczek, zabawa z gadającym w kółko to samo Misiem, zmuła, zmuła i jeszcze raz zmuła.

Muszę kończyć bo na laptopie też mi klikać nie wolno.
Podpisał
Demolka