Matko szykuj się do lądowania

Matka helikopter – zawsze w locie, nie wyobraża sobie nawet by odwrócić wzrok i pozwolić dziecku przez chwilę cieszyć się odrobiną swobody. Zresztą wszyscy podpowiadają „teraz to już go z oka spuścić nie możesz” czyli innymi słowy jest zobowiązana do stałej kontroli sytuacji i poczynań malca. Gdy coś pójdzie nie tak to wszyscy spytają „gdzie była matka?. Wciąż doskwiera jej kac, nawet z powodu małego upadku, bo przecież „nie upilnowała”. Mało kto uważa, że taką nadopiekuńczością strzelamy dziecku w kolano, a przecież nauka samodzielności zaczyna się od pierwszych raczków, kroków i tym podobnych.

Pamiętam, że kiedy usłyszałam o BLW, jako metodzie wprowadzania pokarmów stałych przez samodzielne jedzenie, miałam wiele obaw i wątpliwości. Czy dziecku faktycznie można zaufać w tej kwestii? Pozwolić na podejmowanie decyzji i przejęcie kontroli. Po przeczytaniu książki o metodzie rozwiałam swoje wątpliwości. Mały Człowiek rozpoczął naukę i od samego początku sprawiał wrażenie, że wie co do czego i, że działa ostrożnie. My, co prawda, szybko oswoiliśmy się z sytuacją, jednak niektórych dziwił nasz brak ingerencji, zwłaszcza, gdy w buzi znalazła się większa ilość jedzenia. „Wyjmij mu to, bo się zadławi” słyszałam, tak jakbym dla własnego widzimisię wystawiała dziecko na niebezpieczeństwo. A ja wiedziałam, że najważniejszy jest spokój i zaufanie, a maluch da sobie radę. Dziś widać efekty, kiedy wspólnie siadamy do posiłku, a każdy zajmuje się własnym talerzem.

Podobnie było z nauką raczkowania i chodzenia. Choć na początku było trochę płaczu i drobnych upadków, to jednak z czasem Mały Człowiek nauczył się kontrolować swoje ciało i odkrywać możliwości mięśni. Nie chodziłam za nim jak cień. Miałam wręcz wrażenie, że gdy byłam tuż obok działał zbyt pewnie i to właśnie wtedy pozwalał sobie na  odważne posunięcia. Kiedy jednak czuł, że musi polegać  wyłącznie na własnej osobie był bardzo ostrożny. Dziś zaskakuje mnie swoją zdolnością postrzegania i rozważnym poruszaniem się. Żaden próg mu nie straszny, po prostu obserwuje i całkiem dobrze radzi sobie z oceną sytuacji.

Myślę, że każdy z nas potrzebuje nieco przestrzeni i swobody w działaniu, dotyczy to również małych dzieci. Dlatego kiedy się bawi nie przeszkadzam, ciesząc się wolną chwilą. Nie organizuje mu na siłę czasu, gdy nie prosi się o moje towarzystwo.  Nie znaczy to, że  zostawiam gorącą kawę w zasięgu ręki, czy otwieram na oścież balkon próbując lekkomyślnością wywołać  wilka z lasu. Z doświadczenia jednak mogę stwierdzić, że odrobina zaufania nie zaszkodzi i mam nadzieje, że w przyszłości zaowocuje zaradnością i samodzielnością.

Jeśli jesteś matką z śmigłami na głowie pomyśl o tym. Uwierz mi 24 godzinny lot nad głową dziecka jest męczący dla obu stron, sama próbowałam, ale tak się nie da. Najwyższy  czas na lądowanie.

*Wpis inspirowany książką „W Paryżu dzieci nie grymaszą” jej recenzja TU.

Reklamy

Co mi w duszy gra

Muzyka to nieodłączny element mojego życia. Choć i w tej materii świat doznał niezłego przewrotu po narodzinach Małego Człowieka. Nagle podróże zaczął umilać dziecięcy band, który nie raz ratował nas z opresji. Co więcej zazwyczaj w trakcie jazdy dopada nas rodzinne woogie boogie, zwłaszcza gdy nad głowami lata mucha w mucholocie. Oswoiłam się z tym, że często wracam do prostego beatu, kilku banalnych zdań i uwsteczniam się powtarzając w kółko „gumi gumi gumi miś”,ale czego się nie robi dla dziecka. Ba, nawet zdarza mi się słuchać disco z pola, bo w tym rytmie on chce tańczyć dla mnie.

Z drugiej strony w pewnym momencie zaczyna brakować muzyki, w poważnym tego słowa znaczeniu. Nie mam tu na myśli Mozarta, którego sonaty oszczędzę naszym bębenkom, choćby mi nawet obiecywali góry IQ. Jedak prawdę mówiąc dziś ciężko o kawałek dobrej muzyki, wszędzie króluje amerykańskie polo, które niczym nie odstaje od naszego i jest trochę tak, że cudze chwalicie, a swego się wstydzicie. Polski rynek muzyczny specjalnie nie rozpieszcza naszych zmysłów, bo śpiewać każdy może, wystarczy parcie na szkło, głos to sprawa drugorzędna. Dlatego każdą odnalezioną perełkę zaciskam w dłoni i zatrzymuje, a ona śpiewa i mi w duszy gra.

źródło : internet

źródło : internet

Zacznę od Dawida Podsiadło i debiutanckiej płyty „Comfort and Happiness” na którą swoją drogą czekałam, bo w jego głosie zakochałam się od pierwszego usłyszenia. Myślę, że to powiew zupełnie czegoś nowego w polskim brzmieniu, choć większość piosenek jest w języku angielskim. To bez wątpienia materiał, który nie przypadnie do gustu każdemu, gdyż jest alternatywnie, niekomercyjnie, nastrojowo. Osobiście nie zawiodłam się, a płyta niewątpliwie  zostanie ze mną na jesienne wieczory i nie tylko. „Close your eyes and dream” słyszymy we fragmencie piosenki „I’m searching” myślę, że te słowa to kwintesencja całości.

źródło : internet

źródło : internet

Kolejne moje odkrycie to płyta „Spadochron” Meli Koteluk. Wokalistki nie da się zamknąć w szufladzie jednego gatunku, gdyż bawi się muzyką i eksperymentuje, podobnie zresztą jak Podsiadło. Energiczny tytułowy „Spadochron” przypadł do gustu również Małemu Człowiekowi, który kołysze się i szejkuje pierwsze takty. Mnie osobiście wpadł do ucha kawałek „Działać bez działania”, od którego ostatnio zaczynam dzień. Tekst trafia do mnie na całego dodając pewnej wewnętrznej otuchy i nastrajając pozytywnie. Całość przyjemna, lekka w odbiorze choć nie brak poetyckich tekstów, jednak bez nadętego patosu.

Matka zdecydowanie poleca wszystkim wielbicielom nietuzinkowych muzycznych klimatów.

W Paryżu dzieci nie grymaszą

źródło : internet

źródło : internet

Zagrajmy w skojarzenia, hasło – Francja. Młody elegant z wypachnioną od Chanel partnerką zajadający ślimaki i popijający wino w restauracji na wysokiej wieży czy rodzina z dwójka ugrzecznionych dzieci siedzących spokojnie na swoich krzesełkach i cierpliwie czekających na posiłek ? Ja wiem co bym wybrała i na pewno nie byłby to obraz spokojnej rodzinnej wizyty w restauracji. Dlaczego? bo jakoś trudno mi to sobie wyobrazić, pewnie przez pryzmat własnych doświadczeń. Na myśl od razu przychodzi mi rocznicowa kolacja we troje, gdzie jedno z nas biegało między stolikami za Małym Człowiekiem, spalając kalorie tuż przed i zaraz po posiłku.(Na szczęście nie byłam to ja). Wracając do naszej zabawy wydaje mi sie, że myśląc o krainie  żab serem płynącej mało kto z nas pomyśli o francuskim wychowaniu i tajemnicy jego sukcesu. Jego tajniki ujawnia autorka książki „W Paryżu dzieci nie grymaszą” amerykańska dziennikarka Pamela Druckerman.

Zacznijmy od tego, że nie jestem zwolennikiem szufladkowania procesu wychowania i wrzucania go do jednej przegrody z wybraną książkową metodą. Dlatego niewątpliwie autorce nie udało się mnie przekonać do wdrożenia francuskiego podejścia w życie, a już na pewno nie w całości. Nie znaczy to jednak, że przeczytanie książki uważam za stratę czasu, wręcz przeciwnie. Oprócz interesujących anegdot z codzienności,  poruszanych jest wiele ciekawych kwestii związanych nie tylko z wychowaniem, ale i samym macierzyństwem. Moje szare komórki popracowały przetwarzając nagromadzone informacje i co nieco zostało w głowie.

Autorka prawie cały czas zestawia podejście amerykańskie z francuskim. Na pewnym etapie trochę irytujące są jej osobiste wynurzenia na temat  własnej nieporadności i chęci dorównania francuskim matkom, które stają się punktem odniesienia:

A dlaczego one potrafią, a ja nie?!

Jednak nie na fakcie braku dystansu chciałam się skupić pisząc o tej pozycji, a raczej na kilku myślach autorki, które wybrałam dla Was by zachęcić do sięgnięcia po książkę.

Dzieci – nawet niemowlęta i zupełne maluchy – powinny prowadzić własne życie wewnętrzne bez nieustającej interwencji matki.

Autorka porusza kwestie nadopiekuńczego rodzicielstwa, amerykańskiego „helicopter parenting”. Myślę, że i nam, polskim matkom takie podejście jest wpajane od początku macierzyństwa chociażby stwierdzeniami typu „teraz to już go z oka spuścić nie możesz”. Czy jednak nasza rola powinna opierać się na stałej kontroli i ciągłym monitorowaniu działań dziecka? Osobiście odnalazłam się tu poniekąd w modelu francuskim, który zakłada, że maluch powinien mieć odrobinę swobody i przestrzeni w samodzielnym działaniu chociażby podczas zabawy.

Najgorzej radzą sobie matki, które ingerują, kiedy dziecko jest zajęte i nie chce ani nie potrzebuje ich obecności, za to nie ma ich wtedy, kiedy dziecko szuka ich towarzystwa.

Autorka zwraca też uwagę na kwestię życia we dwoje po urodzeniu dziecka i istotę dbania o relacje z partnerem. Wydaje mi się, że ta sprawa jest istotna dla każdej z nas, gdyż często po pojawieniu się brzdąca mężczyzna schodzi na plan dalszy.

Związek jest najważniejszy to jedyna rzecz jaką w życiu wybierasz. Nie wybierasz sobie dzieci, wybierasz sobie męża. Dlatego powinnaś sobie z nim ułożyć życie i powinno ci zależeć na tym, żeby wszystko poszło dobrze.

Poruszane są również kwestie wychowawcze, przytoczę jednak tylko jedną z myśli:

(… )łatwiej poluzować śrubę niż ją dokręcać (…) To znaczy, że musisz być bardzo stanowcza. Jeśli jesteś zbyt stanowacza możesz poluzować. Ale jeśli jesteś zbyt pobłażliwa… nie uda ci się potem dokręcić śruby.

Nie będę więcej zdradzać gdyż warto samemu pozwolić sobie na degustację myśli autorki. Wśród banalnych często rad i szczypty odkrywania Ameryki można znaleźć wiele smaczków wartych przemyślenia. Matka zdecydowanie poleca.

Wypalone znamię

źródło : internet

źródło : internet

Z jednej strony współczesne matki rozprawiają się z pomnikiem Matki Polki, z drugiej wydaję się, że to tylko pozory. Czy tak naprawdę wyrzekłyśmy się wyssanego z mlekiem matki, przekazywanego z pokolenia na pokolenie narodowego spadku?

Choć nie czujemy już tak silnej presji całkowitego oddania się rodzinie i wszystkiego co się z tym wiąże, to jednak głęboko w społecznej świadomości zakorzeniona jest wizja matki gotowej na poświecenie i wyrzeczenia związane z macierzyństwem. Co więcej  w naszych głowach drzemie ten model i budzi często poczucie winy.

Ten stan emocjonalny wydaje się być często nieuzasadniony, bo przecież czy można czuć się winną tylko dlatego, że…

nie karmisz piersią

masz dość nieprzespanych nocy

odwróciłaś na chwilę głowę, a dziecko przewróciło się

wróciłaś po kilku miesiącach do pracy zostawiając niemowlę z obcą osobą

jesteś zmęczona bo w żonglerce dziecko – mąż – dom – praca – masz wrażenie, że wszystko wciąż wypada Ci z rąk

sadzasz dziecko przed telewizorem by cokolwiek zrobić w domu

 chcesz mieć chwilę dla siebie ?

A jednak często dopada nas nieuzasadnione poczucie winy, z takich czy innych absurdalnych powodów, zaburzając spokój w głowach.  Niczym wypalone znamię z ikoną Matki Polki,od którego same nie potrafimy się uwolnić i nabrać nieco dystansu. Nie pomaga nam w tym również społeczeństwo, zawsze gotowe do oceny naszych poczynań i decyzji związanych z macierzyństwem. Tak jakby uzurpowało sobie prawo do ingerencji, bo przecież „wszystkie dzieci nasze są”. Może tak naprawdę w tym tkwi sedno sprawy, skoro „winny się tłumaczy” a my wciąż „musimy” to robić, to może stąd przeświadczenie, że ciągle robimy coś źle i powinnyśmy czuć się winne?

Narodowe skurcze

Czy to zwykłe wzdęcie czy  już brzuszek ciążowy? Taki to początek medialnej ciąży, niekiedy urojonej przez paparazzo, który niczym ultrasonograf prześwietla wnętrze potencjalnej przyszłej matki. Rzuca je na pożarcie dziennikarzom, a one tłumom gapiów, którzy karmią się każdą nowinką, bo przecież o tym się mówi. Gdy informacja zostanie oficjalnie potwierdzona czy to oświadczeniem samej zainteresowanej czy wyraźnie powiększonym brzuchem zaczyna się monitoring i wywiad środowiskowy. Z kim? z mężem? a może kochankiem? Jeśli z tym drugim to do opinii publicznej dociera news o rozkładzie pożycia, który jest najważniejszą przesłanką do orzeczenia przynajmniej już medialnego rozwodu. Tak się zaczyna lawina pytań zawsze opatrzona komentarzem z fusów: czy planowana, czy z zaskoczenia, czy niebieski czy różowy. Najważniejszym jednak wydaje się być wizualna ocena przebiegu ciąży. I tak, niektórym służy, dla innych jest  bezlitosna i niszczy ich boską figurę. Może wszystko za sprawą niewłaściwej diety, bo przyłapano przyszłą mamę z dwoma opakowaniami pizzy . O zgrozo!, przecież każdy kęs jedzenia powinna czynić z myślą o dziecku.  I tu czas na pytanie dnia: skonsumowała wszystko czy zjadła tylko kawałek? Bo przecież to sprawa rangi narodowej i jak to słusznie podsumował Kuba Wojewódzki „W ramach solidarności z najmniejszą polską aktorką cała Polska ma skurcze”.

źródło : internet

źródło : internet

Ostatnio świat zwariował na punkcie Royal Baby. To bez wątpienia dobry kandydat na tron, gdyż ma już swój wkład gospodarczy liczony w setkach milionów funtów. Każde angielskie dziecko chce poczuć się jak król i zasiąść  na nocnikowym tronie. Pod szpitalem las drabin z leśnikami dziennikarzami  wypatrującymi księżnej niczym „zwierzyny”. Kandydat do tronu wyraźnie na świat się nie spieszy i słusznie podcina im szczebelki. Jednak nikt i nic nie zatrzyma medialnej machiny, bo przecież „show must go on”, a świat ponoć karmi się plotką. Żeby to tylko jego  z przejedzenia nie dopadło fatalne w skutkach wzdęcie.

Matka nie Syzyf, niech sam się turla

Wkurza Cię nawet mały pyłek na dywanie. Nie wyobrażasz sobie sytuacji, że pod twoim łóżkiem mieszka kurz, a co dopiero inni nieproszeni goście. Myśl o sprzątaniu spędza ci sen z powiek i nie potrafisz z tym nic zrobić. Stwierdzasz, że jesteś chorobliwym pedantem i musisz się leczyć. Jest na to sposób. Efekt terapii szokowej murowany – jedyne czego potrzebujesz to obecność dziecka w domu. Najlepiej takiego co to już dwunożne i lubi mieć wszystko w zasięgu ręki.

źródło : demotywatory.net

źródło : demotywatory.net

Usuwam odciski palców.  Lodówka, lustro, telewizor wszystko naznaczone. Nie muszę badać linii papilarnych w celu ustalenia sprawcy, wiem dobrze czyja to robota. W zabawkach znajduje zachomikowane resztki jedzenia głównie paluszki i mielonego z obiadu. Pewnie miało być na później. Zakopana pod stertą zabawek mam ochotę nadać telepatycznie wiadomość wszystkim ciociom, wujkom, babciom, dziadkom „litości, nigdy więcej już żadnych zabawek”. To one opanowały całe mieszkanie i panoszą się wszędzie. Lokomotywka ma codzienną trasę po wszystkich dostępnych metrach kwadratowych. Pokój dzienny to boisko do gry w piłkę, tor wyścigowy dla samochodów, piaskownica do wiaderka i foremek, piwnica na wszystkie graty, które wydają się być  niepotrzebne do szczęścia i zabawy. Ogarniam ten cały miszmasz z nadzieją na chwilowy ład i porządek. Jednak moje starania przypominają szczotkowanie zębów podczas jedzenia czekoladek. Bo każdy mały człowiek to mistrz bałaganu. A bałagan w jego słowniku jest pojęciem „artystycznego zagospodarowania wolnej przestrzeni”. Jeśli gdzieś jest czysto to coś jest nie tak i trzeba to szybko zmienić.

A tu Biała Rękawiczka opowiada bajki o sterylnych warunkach przy dziecku, codziennym odkurzaniu, myciu podłóg… No cóż… ciekawa jestem czy każda z nas po wieczornym odgruzowaniu mieszkania  ma jeszcze siłę by tańcować z mopem. Nie wiem jak Wy, ale ja się na to nie piszę i wolę celebrować swoją nieperfekcyjność. A do dzieciowego bałaganu w ciągu dnia staram się przyzwyczaić (przynajmniej do czasu, póki się na da wytłumaczyć)  bo nie zamierzam jak Syzyf turlać się co 5 minut w tę i z powrotem.

Skąd się biorą dzieci?

źródło : internet

źródło : internet

Mamo za duża już jestem na historie o bocianie, zresztą urodziłam się jak padał śnieg, a zimą bociany przecież odlatują do ciepłych krajów. W bajkę o dziecku w kapuście też nie uwierzę, zresztą kto chciałby być znaleziony w szczerym polu? Ja nie.  Tata? właśnie odesłał mnie do ciebie powiedział „zapytaj mamusię”, no to pytam, nie idzie się z wami dogadać. Słyszałam jak ciocia Róża mówiła do wujka, żeby był grzeczny bo inaczej będą mieli drugie dziecko. To tatuś był niegrzeczny i dlatego jestem na świecie, za karę? Nic już z tego nie rozumiem. A tak w ogóle, mamo, czy ty chcesz żebym miała braciszka z popsutą rączką? bo Nikola w przedszkolu mówiła że żeby urodzić dziecko trzeba się dobrze odżywiać, a Ty ciągle do kawy jesz coś słodkiego. Bzdury? no dobra czyli jej też mama naściemniała. Jaś mi ciągle plecie jakieś głupoty, że jego mama się zapisała do szpitala na dziecko. Podobno jak już będzie gotowe to później jego tata będzie musiał zanieść kwiaty i one zostaną w szpitalu, a on wtedy dostanie braciszka. Na podwórku mówią, że dzieci biorą się z seksu. A seks jest jak pan i pani idą na spacer biorą się za ręce i dają sobie buzi. Tylko Kasia się z nimi kłóci, że seks jest na golasa i z tego nie ma dzieci, że dziecko jest z miłości i buziaków, ale w ubraniu. Sama nie wiem, każdy mówi co innego. Jeśli Mareczek ma rację to ja nie chce mieć dzieci. Dlaczego? bo wtedy trzeba iść do lekarza  i wstrzyknąć do pupy takie ziarenka na p, nie pamiętam jak się nazywały. No chyba, że ty mi wreszcie powiesz prawdę i dowiem się skąd się biorą dzieci?

tekst inspirowany autentycznymi wypowiedziami dzieci, które znajdziecie TU.