Nie straszne mi tornado

Dobra nic mnie nie tłumaczy. Zaniedbałam i już, ale nie tylko pisanie. Na obiad zupa z romana i kebab z dostawą. Z szafy wyłazi sterta prasowania i słychać gniotki, które rozpaczliwie proszą o odrobinę żelaznej bliskości. Mąż woła, że skończyły się skarpetki i przypomina o potrzebie uruchomienia pralki. Mały Człowiek po powrocie ze żłobka wisi na szyi, domagając się bliskości. A ja w myślach próbuje ogarnąć ten cały galimatias, który zapowiada nadchodzące tornado. A gwałtowna kumulacja jest nieunikniona i będzie miała swoje miejsce już wkrótce. Oby tylko nie dosięgnął mnie ogrom zniszczenia i poczucie spustoszenia. Choć tak naprawdę oddalam tym podobne myśli i mam na to swoją dewizę: coś się kończy, coś zaczyna, byle do następnego dzidziusia 😉

Jutro wracam do pracy. Dzisiejszy ostatni dzień beztroskiego urlopu postanowiłam poświęcić na kobiece przyjemności. W efekcie mam na głowie rewolucje ala ombre i jest spora zmiana. Ba, nawet mój własny osobisty syn mnie nie poznał, gdy odbierałam go ze żłobka i w pierwszej chwili doznał zwątpienia. Kosmetyczka podsumowała: dobrze niech w pracy wiedzą, że pani się w ciąży i na urlopie nie zaniedbała, a macierzyństwo pani służy. Pewnie rację ma, choć tak naprawdę czuję, że sama potrzebowałam zmiany i odrobiny czasu tylko dla siebie.

Oj dzieje się, dzieje i pisać o czym będzie na pewno, tylko dobra organizacja może mnie uratować i motywacja z Waszej strony, za którą już dziś dziękuję 🙂 do następnego

Reklamy

Kolejny przewrót życiowy

Nie porwały nas fale, ani żadne lawiny błotne w nadmorskich Błotach Karwieńskich. Po prostu wracamy do rzeczywistości, choć to chyba nie do końca dobre określenie. Czuję się  trochę tak, jakby wyrzuciło mnie na brzeg obcej wyspy, gdzie muszę zorganizować sobie życie na nowo. Tłoczno tu, tubylcy zdają się ciągle biec w jednym kierunku i co chwila nerwowo spoglądają na zegarek. To już nieuniknione, muszę tu zostać i albo rzucić się w wir albo zachowując spokój powoli wdrażać się we wszystko. Chcę to potraktować jako pewien rodzaj wyzwania.

źródło : internet

źródło : internet

Kiedy odbywałam szkolenie zrozumiałam, jak bardzo brakowało mi kontaktu z ludźmi i chwilowego resetu myślowego od pieluch, czytania po kilkanaście razy bajki o wężu, słuchania w kółko hitów z gumi misia i innych rutynowych czynności związanych z opieką nad dzieckiem. Domowe macierzyństwo było pewnym etapem, który wniósł wiele dobrego w moje życie. Myślę jednak, że najwyższy czas na zmiany. Co więcej mam nadzieję, że wszystko odbędzie się z korzyścią dla nas obojga. Dziecko wśród rówieśników nabędzie nowych umiejętności, a przede wszystkim nauczy się funkcjonowania w grupie, która prędzej czy później jest nieodłącznym elementem życia. Nasz okres adaptacyjny miał swój moment przełomowy gdy wyjechałam na szkolenie. Mały Człowiek razem z tatą chodził do żłobka i przebywał w nim sam już kilka godzin. Oczywiście moment rozstania jest nadal bardzo trudny, jednak opiekunki twierdzą, że z każdym dniem jest coraz lepiej.

Z jednej strony jestem spokojniejsza, z drugiej cały czas bacznie obserwuję malucha po powrocie do domu. Wiem, że tylko w ten sposób jestem w stanie rozeznać sytuację. Nie mogę zapytać, bo przecież nie usłyszę odpowiedzi. I tak naprawdę to jest w tym wszystkim najtrudniejsze.

Mission impossible, czyli operacja wyjazd

Poranne aromaty z pieluchy potrafią jak nic innego przegonić z łóżka. A potem szybka metoda na głoda, bo pusty brzuszek to zły brzuszek. Jednak butla z mlekiem to tylko chwilowe zaspokojenie głodu. Oczywiście w trakcie drugiego śniadania daje o sobie znać mięsożerne stworzenie, które  jak tatuś chwastów wcinać nie będzie.  Patrzę na lądującą na ziemi parówkę, płynącą herbacianą rzekę przez pół pokoju i zapijam to wszystko płatkami z modyfikowanym, bo dziecko powiosłowało łyżką i szybko doznało znudzenia. Może na złoto cierpliwości jeszcze nie zasłużyłam, ale brąz mi się należy po tym roku treningów i codziennych maratonów. Ogarniam pośniadaniowy armagedon wyśpiewując swój hymn do zmywarki. Nie ma to tamto odwala za mnie czarną robotę i chwała jej za to.

Teraz najtrudniejsze. Operacja wyjazd, na chwilę obecną moja mission impossible.  Cała strategia, plan, pakowanie i wykonanie na mojej głowie. Mężo przyjedzie pobawi się w tetris w samochodzie i gotowe. Żeby nie było, doceniam jego wkład. Szum morza i piasek między stopami działa na mnie motywująco. Muszę tylko wyskoczyć z pidżamy, zapodać dawkę kofeiny na rozbudzenie i jakimś cudem zorganizować pracę licząc, że dziecko pozwoli zebrać myśli i wystartować ze wszystkim. Bo odkąd Mały Człowiek podróżuje z nami przygotowanie do wyjazdu to szereg skomplikowanych działań. Efekt końcowy czyli zapakowana torba wygląda dość banalnie i nie obrazuje niewątpliwie wkładu pracy i wysiłku jaki zostaje włożony w ten proces.

Trzymajcie kciuki za powodzenie operacji 😉 jak załapię jakieś fifirifi w tych Błotach nad Bałtykiem to prześlę Wam trochę szumu morza, muszelek i słonecznych kropelek na które liczę mimo złych prognoz uśmiechniętych pogodynek, które próbują rozwiać moje plany o leżingu na plaży. Do następnego 🙂

Mamo nie ogarniam tej kuwety

czyli Matki słów kilka o adaptacji w żłobku 

Adaptacja w żłobku niewątpliwie jest potrzebna. Nie wyobrażam sobie z dnia na dzień pójść i zostawić dziecko nawet na kilka godzin w obcym miejscu z nieznanymi osobami. Według mnie to za duży stres dla obojga stron. Jednak, trzeba mieć świadomość, że ten okres próbny nie gwarantuje łagodnego startu. Tak naprawdę wszystko zależy od malucha.

Nasza adaptacja przebiega powoli. Choć Mały Człowiek zdaje się odnajdywać w grupie, to jednak cały czas boi się rozstania. Dwie próby pozostawienia go samego zakończyły się niepowodzeniem. Wspólnie z dyrekcją placówki podjęłyśmy decyzję, że  damy mu trochę czasu na oswojenie się z samym miejscem, dziećmi, opiekunkami, a przede wszystkim wdrożymy go w program dnia.  Póki co wszystko odbywało się w mojej obecności. Następny tydzień niestety w całości nam wypada bo żłobek zamknięty, wracamy po długim weekendzie.

Adaptacja to trudny czas zarówno dla dziecka jak i dla matki. U malucha nowa żłobkowa rzeczywistość wydaje się nieco zaburzać  poczucie bezpieczeństwa. Chyba dlatego tak trudno rozstać mu się z rodzicem, przy którym czuje się bezpiecznie. I choć z jednej strony porywa go świat rówieśników, z drugiej czuje się niepewnie. Co więcej ten inny świat to mega dawka różnego rodzaju bodźców. Każde dziecko inaczej to znosi. Mały Człowiek po powrocie odsypia i  w ten sposób zdaje się odreagowywać nadmiar przeżyć.  Podczas adaptacji zauważyłam większą skłonność do płaczu.  Nagle to znów wielofunkcyjny komunikat : jestem głodny, chce mi się pić, jest mi źle, jestem zmęczony, przytul mnie czy zwyczajne:  mamo nie ogarniam tej kuwety.

Dla matki to również stresujący okres. Do świadomości dociera fakt o rozstaniu. Jednak to nie jest najtrudniejsze. Najtrudniej jest komuś zaufać i uwierzyć, że nawet jeśli będzie ciężko na początku ta druga strona odnajdzie się w tej sytuacji i okaże zrozumienie dziecku. W uszach ciągle słyszę płaczliwe i rozpaczliwe wołanie „mama” powtarzane przez dziewczynkę ( w wieku Małego Człowieka), która od niedawna przebywa w żłobku i co jakiś czas, zwłaszcza w porze drzemki, mocno płacze za mamą. Nie dziwi mnie fakt, że  matka zrezygnowała z odprowadzania małej, po prostu psychicznie sama nie dawała rady. Mężczyznom przychodzi to łatwiej, a ponoć i dzieci  czasem lepiej znoszą rozstanie z tatą.

Mam nadzieję, że nasz proces adaptacji i przystosowania do nowych warunków nie będzie trwał długo i oboje szybko poczujemy wewnętrzny spokój. Na dzień dzisiejszy jednak boję się tego momentu, kiedy go tam zostawię  i tego jak zniesie tę sytuację.

Rycz Matka, rycz

– Mogę się wysmarkać w twoje włosy na klacie – spytała nieromantycznie – bo chusteczki się skończyły, a poza tym chcę się przytulić.

Wiedziała, że dziś tylko jego ramiona są w stanie ukoić i nawet nie przeszkadzało ryzyko przyklejenia z powodu napływającej gorącej masy afrykańskiego powietrza.  W takich chwilach najbardziej docenia się  obecność tej drugiej osoby – pomyślała.

– Wiesz ludzie listy piszą, nie ja jedyna, innym matkom tez jest trudno. Wiem, wiem to banalne może, bo niby o tym wiedziałam, jednak ich słowa dużo dla mnie znaczą. Podnoszą na duchu.

Trudno jest odciąć przysłowiową pępowinę. W sumie kiedy by nie przyszedł ten czas i tak wydaje się nam, że jest na to za wcześnie. Gdy dziecko jest blisko, mamy większe poczucie bezpieczeństwa. Przyzwyczajamy się do jego obecności. Pozornie nasze życie kręci się wokół kupek, zupek, spacerków, a niejedna z nas krzyczy z tej karuzeli „niech ktoś zatrzyma… ja wysiadam”. Jednak gdy ktoś lub coś ściągnie nas na dół przez długi czas kręci nam się w głowie, a przed oczami ciągle mamy migawki z tego co było na górze. Potrzeba czasu by oswoić się i spojrzeć na wszystko z nowej perspektywy …

– Rycz Matka, rycz, jeśli to pomoże…  jutro musisz być silna, dla niego… 

– Wiem .. 

I kto jest debeściak ?

Zasiadł na tronie, a niewolnice liczyły kasę. – Jest więcej niż myślałeś panie – odezwała się jedna – Podaj laptopa kobieto.

W ostatnim obwieszczeniu zabrał głos w sprawie matek, które miał dziś przyjąć na audiencji. „Ale będzie dym – pomyślał – jak to z komina” Przychodziły tłumnie wszak przeczytały uważnie pismo, a król władca bogaty cieszył się autorytetem i obiecywał każdej rady na wagę złota.

Dopuszczono pierwszą. Król spojrzał w szklane okienko po czym rzucił: -Tego się nie da, kobieto, ogarnij, musisz zmienić wszystko – Tak jest panie –  odeszła zawstydzona.

Druga zastanawiała się długo czy przybyć na spotkanie z władcą jednak żądza sławy i pieniądza popchnęły ją do tego by przyjąć wszystko, nawet najgorszą krytykę. Król rzekł: -Powiadasz, że tysiące poddanych to czyta, za mało, zbierz setki tysięcy – Jak to zrobić panie? – Dobrze wiesz – Zlinczują mnie panie – Jeśli nie wyzbędziesz się strachu zapomnij o sławie.

Trzecia przyszła z czystej ciekawości nie zależało jej na pieniądzach. Nie bała się też głośno powiedzieć, że nie zgadza się z obwieszczeniem króla. Ten stanowczo zwrócił się do straży – Wygnać ją!

Czwarta wbiegła rzucając się do stóp władcy. – Dzięki Ci Panie, otworzyłeś mi oczy, mów do mnie Panie. Król uśmiechnął się i nic nie powiedział. Spojrzał w laptopa, potem na kobietę i rzekł – będą z ciebie ludzie- po czym zwrócił się do jednej z niewolnic- rzućcie jej kilka monet na zachętę -dalej znów do kobiety – możesz mieć dużo więcej.

Piąta wkroczyła pewnym krokiem. – Panie pozwól nam cieszyć się pisaniem, wszak nie każda to robi dla złota i chwały. – Więc po co mi głowę  zawracasz kobieto? Napisałem wyraźnie: te które sławy chcą i pieniędzy niech czytają i przychodzą do mnie. – Przyszłam panie dlatego, że one w większości wierzą w twoje słowa i już liczą gruszki na wierzbie – Nie twoja to, ani moja sprawa kobieto.

Król przyjmował kolejne niewiasty. Jedne opuszczały to miejsce zrezygnowane, inne wybiegały w podskokach, jeszcze inne zmieszane i zawstydzone wyrzucały laptopy do pobliskiej sadzawki. Król po audiencji zasiadł na tronie i pomyślał ” Cieszę się sławą i autorytetem, złota i pieniędzy mi nie brakuje, większość z nich uwierzyło w moje słowa i wrócą do mnie po więcej, I co ? I kto jest debeściak? „

* wpis inspirowany ostatnim wirtualnym dymem wokół blogów parentingowych czy tam mamuśkowych

Tyranozaurus Strachus

Mały Człowiek od samego rana wita mnie butem rzuconym na dopiero co zmienioną, świeżutką pościel. Tak więc na dzień dobry zamiast buziaka już prawie tradycyjny rzut japonką. Oczywiście tatusiowi nigdy się nie oberwie, zawsze poleci w moją stronę. I „da-da-da-da” bo przecież jak dziecko oczy otworzy, to już cały dom powinien być na nogach i w podskokach, z potarganymi rzęsami wybrać się na poranny spacer.

Kierunek łazienka, tam najłatwiej jest się schronić i wskoczyć do wanny na 5 minut dodatkowej drzemki. Przeglądam się w lustrze, zakładam silikonowo hydrożelowe oczy żeby go lepiej widzieć. W kościach mnie łamie, bo mój killer personalny dał mi wycisk wczorajszym skalpelem i ledwie się ruszam. Fit Matka wraca do formy z powyłamywanymi plecami.

Dalej kierunek kuchnia i kawa z mlekiem w butelce, bo dziecko już z głodu wyciąga włoskie warzywka z indykiem,tak zwany szybki obiadek jak matce się nie chce gotować. Patrzę w kalendarz – dzień szczepień, odstraszamy odrę, świnkę i różyczkę. Mały Człowiek nie świadom niczego wesoło podśpiewuje, skacze trifutom i uwalnia magię. Szybkie śniadanie i maseczka odstresowująca z dżemem truskawkowym, serkiem śmietankowym i odrobiną szynki.

źródło : internet

źródło : internet

Następny przystanek przychodnia. Pośpiesznie pcham wesoły wózek i razem z Małym Człowiekiem wydaję z siebie bezwiedne „brum brum”. Upupiona mijam przechodniów i podśpiewuje Muchę w mucholocie. Tym jednak sposobem podróż przebiega bez większych ceregieli i prób ucieczki.  Docieramy na miejsce. Do gabinetu zaprasza nas młoda pani doktor, którą Mały Człowiek jest wyraźnie zainteresowany i próbuje czarować swoim uśmiechem. Patrząc na gusta syna stwierdzam, że faceci chyba faktycznie wolą blondynki. Po kilku buziakach wysłanych na pożegnanie kończymy z amorami i przechodzimy do spotkania ze Strzykawkową. Podchodzi do nas z olbrzymią igłą wielkości tyranozaura i chce mi tym dziecko potraktować.

Ot, taki żarcik sytuacyjny. Choć prawdę mówiąc, miałam takiego stracha, jakby to miało mniej więcej w ten sposób wyglądać. A było tylko ukłucie komarka, krzyk zaraz po, szybki tulinek i wymiętolona, prawie zjedzona naklejka Odważnego Pacjenta.