Mission impossible, czyli operacja wyjazd

Poranne aromaty z pieluchy potrafią jak nic innego przegonić z łóżka. A potem szybka metoda na głoda, bo pusty brzuszek to zły brzuszek. Jednak butla z mlekiem to tylko chwilowe zaspokojenie głodu. Oczywiście w trakcie drugiego śniadania daje o sobie znać mięsożerne stworzenie, które  jak tatuś chwastów wcinać nie będzie.  Patrzę na lądującą na ziemi parówkę, płynącą herbacianą rzekę przez pół pokoju i zapijam to wszystko płatkami z modyfikowanym, bo dziecko powiosłowało łyżką i szybko doznało znudzenia. Może na złoto cierpliwości jeszcze nie zasłużyłam, ale brąz mi się należy po tym roku treningów i codziennych maratonów. Ogarniam pośniadaniowy armagedon wyśpiewując swój hymn do zmywarki. Nie ma to tamto odwala za mnie czarną robotę i chwała jej za to.

Teraz najtrudniejsze. Operacja wyjazd, na chwilę obecną moja mission impossible.  Cała strategia, plan, pakowanie i wykonanie na mojej głowie. Mężo przyjedzie pobawi się w tetris w samochodzie i gotowe. Żeby nie było, doceniam jego wkład. Szum morza i piasek między stopami działa na mnie motywująco. Muszę tylko wyskoczyć z pidżamy, zapodać dawkę kofeiny na rozbudzenie i jakimś cudem zorganizować pracę licząc, że dziecko pozwoli zebrać myśli i wystartować ze wszystkim. Bo odkąd Mały Człowiek podróżuje z nami przygotowanie do wyjazdu to szereg skomplikowanych działań. Efekt końcowy czyli zapakowana torba wygląda dość banalnie i nie obrazuje niewątpliwie wkładu pracy i wysiłku jaki zostaje włożony w ten proces.

Trzymajcie kciuki za powodzenie operacji 😉 jak załapię jakieś fifirifi w tych Błotach nad Bałtykiem to prześlę Wam trochę szumu morza, muszelek i słonecznych kropelek na które liczę mimo złych prognoz uśmiechniętych pogodynek, które próbują rozwiać moje plany o leżingu na plaży. Do następnego 🙂

Reklamy

8 thoughts on “Mission impossible, czyli operacja wyjazd

  1. Oj jak ja nie cierpię pakowania się na wyjazd z dzieciem. My z Mężem jedna torba, druga dla szanownej panny, a i to okraszone jeszcze tysiącem bagaży podręcznych. I nie daj Boże zapomnij czegoś istotnego to potem wracaj się 30 km (przy dobrych wiatrach), albo szukaj na zadupiu ulubionego typu smoczka. Echh… Meliska na rozpęd i udanej ekskursji 😉

  2. Mąż jak w tetris – dobre, dobe. Mój TŻ stara się przysłużyć, pakując ten cały majdan do samochodu 🙂 Bez tego – chyba bym nigdzie nie wyjeżdżała.

  3. Jak to mówią…kupa z rana jak smietana:) heheh wyjście z dzieckiem z reguły przypomina batalię. Pewnie byśmy medale dostały, gdyby Młode były uzbrojone w coś więcej niż same zęby, radioaktywne odpady w pieluszkach czy ponaddźwiekowy pisk…

    Udanego wypoczynku:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s