Nie ważna meta, ważne to co po drodze

My rodzice często tworzymy w głowie  wyidealizowane, wystrzelone w kosmos i oddalone o lata świetlne od ziemskiej rzeczywistości wizje rozwoju dziecka. Zaczyna się od tego, że chcemy mieć to poukładane w głowie według chronologicznej podręcznikowej kolejności i obserwować jak dziecko zalicza kolejny level. Wtedy jesteśmy spokojni. Machinę nakręca szereg pytań ze strony otoczenia o przebieg postępów. Często bywa tak, że jeśli coś odbiega od przyjętych standardów to są dwie opcje: albo z nami albo z dzieckiem jest coś nie w porządku. Dlatego dwoimy się i  troimy w szukaniu źródeł zewnętrznych bodźców by nakręcić dziecko i ukierunkować na właściwy tor. Widzimy metę, która jest „głównym celem” zapominając często, że to czego dziecko doświadcza po drodze jest dużo bardziej istotne dla jego rozwoju. Co więcej wolimy mieć wszystko pod kontrolą bojąc się zaskakujących zwrotów akcji.

Miałam wizję. Dziecię posłusznie siadzące przy stoliczku dające upust swym przedsięwzięciom plastycznym na kartce papieru. Pozwoliłam na odrobinę samodzielności dając swobodę w działaniu. Efekt końcowy widoczny na zdjęciu poniżej

1

Autor wyraził siebie przez sztukę, a w jego małej główce królują poplątane gryzmoły myśli. Oczywiście w pierwszej chwili zabrałam kredki i miałam ochotę zakopać je głęboko pod ziemią na wieczne pożegnanie. Zrezygnowałam. Co więcej wiem, że na nic by się to zdało bo  Mały Człowiek schomikował sobie sztuk kilka w sekretnej wieży i w najmniej spodziewanym momencie wróciłby pewnie do twórczej zabawy. Odbyliśmy więc rozmowę z porozumieniem, że tu artysta malarz zaznaczył teren poddany jego kredkowej ekspansji i w tym miejscu może malować do woli.

Bez wątpienia odbiegliśmy nieco od przyjętych standardów.  Jednak dobrze mi z tym. Po cichu zawsze miałam ochotę na  gryzmołki na ścianie. Nie miałam odwagi, teraz możemy rysować razem. Obudził we mnie dziecko i zabrał do krainy wspomnień, czasem warto się zapomnieć.

Słoik jest w połowie pusty albo pełny

Wszystko przez tatowego, który słoikiem był od czasów studenckich i mnie tu ściągnął. Wielu  nam powtarzało, że łatwo nie będzie bo sami jak ten kciuk z serdecznym będziemy mogli liczyć tylko na siebie. Dziwili się, że strach nas nie przerasta i obserwowali nasze pierwsze próby uwicia sobie gniazdka. Przypominały one nieco wspinaczkę budynkową po kulturalno naukowych ścianach pałacu. Nigdy nie mierzyliśmy  dotrzeć na sam szczyt by nachapać się do woli. Chcieliśmy i chcemy normalnie żyć, to wszystko.

Bez tytułuRaz czuje się słoikiem w połowie pustym, raz pełnym. Czasem mam jednak wątpliwość i zdaje mi się, że tylko mały włos dzieli od stołecznego upadku w drobny mak. Niektórzy twierdzą, że nie ma sytuacji bez wyjścia. A co jeśli najbliższe wyjście awaryjne jest hen hen daleko, za górami, za lasami, za rzekamii? wtedy pytam się siebie czy ja aby jestem w dobrej bajce i czy mi się co nie pokiełbasiło.

W połowie Pusty

gdy zaglądam do portfela i myślę ile zostało w śwince (tak na wszelki wielki) jakby przyszło ją ubić,

gdy Mały Człowiek choruje i albo tatowy albo ja ryzykuje w pracy zielonym papierem obawiając się o chwiejną posadkę ( bo stabilnych to chyba już nie ma, przynajmniej nie w naszej bajce)

W połowie Pełny

gdy patrzę na swój mały przytulny kąt, w którym znajduję miłość, radość, zrozumienie, szczęście

w takich chwilach myślę, że takich fafnaście jak nas troje to nie ma nigdzie i coby się nie działo damy radę…

Choćby i o pogodzie…. czyli nie jestem monotematyczną matką

W kółko zupki, kupki, ząbki, niekapki, pampersy… Według niektórych tak wygląda planeta na którą wystrzelono nas tuż po porodzie. Co więcej nasz zblendowany w papkę mózg został ograniczony myślowo i nie można z niego wykrzesać nic poza tematyką dzieciową. Czy naprawdę jesteśmy monotematyczne i nudne? Czy ktoś próbuje zamknąć nas na kluczyk w szufladce ” tylko macierzyństwo”?

Zacznijmy od tego, że często będąc w ciąży lawirujemy w innym wymiarze. Nowa sytuacja pochłania nas bez reszty i łapiemy się na tym, że myśl o dziecku zdominowała nasze życie. W sumie to, że mamy bzika i gadamy do brzucha nikogo nie dziwi, a gradobicie ciążowych pytań ze strony otoczenia utwierdza w przekonaniu, że wszystko z nami w porządku, bo naturalnie budzi się instynkt sfokusowany na dziecko.

Po porodzie faktycznie czujemy się jak na nowej planecie, gdzie trudno o grawitację i pewne stąpanie po nieznanym gruncie. Potrzebujemy czasu na ogarnięcie nowej rzeczywistości. Jeśli ktoś z sąsiedniej planety nadaje i pyta co u nas tylko jedno ciśnie się na usta: relacja z przewrotu. Im większy przewrót tym trudniej o zawieszenie myśli na czymkolwiek innym. Tak, na tym etapie większość z nas jest monotematyczna próbując rozgryźć małe stworzenie. Jednak należy nadmienić, że jednotematowość wypowiedzi często wiąże się z nieustanną koniecznością odpowiedzi na szereg pytań, na które same wciąż szukamy odpowiedzi.

Gdyż już ogarniemy planetę, złapiemy grawitację, prześpimy kilka nocy z rzędu nagle może obudzić się w nas potrzeba pogadania o czymś innym niż tylko dziecko. Dajmy więc na to, że wybieramy się z dzieciatymi już znajomymi na drinka. Szybko porzucamy nadzieję na reset myśli słysząc na dzień dobry pytanie  „to ty już możesz? nie karmisz piersią? a co się stało, że tak krótko?”.

Tak, my matki dużo mówimy o naszych dzieciach, bo je kochamy i są częścią naszego życia. Zgodzę się, że niektórym macierzyństwo w głowach poprzewracało bo dzień bez słit bejbifoci na fejsie dniem straconym. Jednak czasem jest tak, że inni klasyfikują nas powierzchownie monotematycznym zestawem pytań, na które ciągle odpowiadamy.

Nie znaczy to, że nic się nie da zrobić z tym, wręcz przeciwnie. W próbie zaszufladkowania nie dajmy się wmanewrować. Każda z nas ma kluczyk do szuflady i w pewnym momencie sama decyduje czy chce zamknąć się w niej od środka. 

Lapsus tytułowy czy test na obecność plastiku

Jeśli twój  osobisty facet tudzież mąż kupi ci z własnej nieprzymuszonej woli kosmoprasę to wiedz, że dzieje się źle. No chyba, że jest to wynik lapsusu tytułowego bo od lat przeglądasz myśli w Zwierciadle, a on przez roztargnienie i pośpiech dorwał świerszczyk for kosmogirls (only). Jeśli już tak się stało nie pozostaje ci nic innego jak przypudrować pomarszczony ze złości nosek i oddać się wieczornej lekturze, choćby pobieżnej, coby mężczyzna poczuł się doceniony.

W pierwszej, tej mniej optymistycznej wersji, proponuje na początek zgłębić treść artykułów z okładki, które mogą być kluczowe dla rozwiązania zagadki „co mu strzeliło do głowy?”.

Spełnij jego marzenia i zgłębiaj tajniki czego pragnie mężczyzna. Może liczył  na podszkolenie w dziedzinie spełniania jego zachcianek. Prawie sto procent bez dziesięciu (w których mało prawdopodobne, że jest twój najmilejszy) tego chce więc „must read”,  bez wątpienia. Jeśli z czerwonymi policzkami szukasz artykułu czując się jak nastolatka, która w tajemnicy przed rodzicami czyta Brawo Girl poczujesz się oszukana, gdyż  jedyne co znajdziesz, to wzmiankę, że  90 % facetów fantazjuje o innych i nic się nie da zrobić z tym. Choć kto wie może twój facet jest unikatem. Zresztą nawet jeśli tak nie jest, to pewnie w następnym numerze przeczytasz sto kobiecych sposobów na obalenie tej teorii.

Jak pokochać siebie. Tu trudno odczytać intencje choć w najgorszym wypadku ma cie za szarą niedowartościowaną myszkę, której przydałoby się więcej pewności siebie. I wreszcie wprost udzielone wskazówki jak sprawić sobie odrobinę przyjemności. Zacznij od odpowiedzi na pytanie: kiedy ostatni raz lizałaś znaczek? jeśli dawno temu może czas nadrobić zaległości i wysłać miłosny list do siebie. A może spróbuj  zabawy z musującymi kuleczkami, obudź w sobie dziecko, zachęca autor tekstu. Kolejne proponowane koło ratunkowe to telefon do psiapsióły lub zakup odrobiny pluszu, w który można się wtulić na czas samotnych nocy.

ffe7a3d3ab9ffc06ada0279d1604d20bJeśli w tym momencie nie zrezygnujesz i zdecydujesz się czytać dalej robisz to na własną odpowiedzialność. Chyba, że jeszcze rzucisz  okiem na mrożący krew w żyłach artykuł Jak zauroczyć teściową, Podejmij wyzwanie, efekt dynamo gwarantowany.

Na koniec albo powiesz mu, że to nie twoja półka, bo dawno wyrosłaś z prasy dla wyrośniętych nastolatek albo przemilczysz temat utwierdzając go w przekonaniu, że właśnie do takich należysz i „life in plastic is fantastic”. Wybór należy do ciebie.

Syndrom przemiauczanego kotka zagłaskanego językowo

A cio tu maś? To jest be – be. Choć dam ciuciu, am am! Niedoble?, nie chcieś A mozie pójdziemy dada na spacielek? Tak? to daj ląćkę. 

Dostaję gęsiej skórki, a z nadmiaru słodyczy mam gwałtowny wyrzut usłyszanej wypowiedzi. Nie strawię tego i najchętniej zatkałabym dziecku uszy by  uchronić przed tym syndromem przemiauczanego kotka zagłaskanego językowo.

Zdarza się, że w komunikacji z Małym Człowiekiem odruchowo wtrącam pewne uproszczenia do których profesor Miodek miałby na pewno zastrzeżenia ( i słusznie). Jednak staram się ograniczać ich użycie do minimum, a porozumiewanie się budować na prostych i krótkich komunikatach bez przesadzonej nienaturalnej intonacji.

Komunikat językowy to coś nowego dla malucha. Pytanie czy dziecko potrzebuje tak wtórnego uproszczenia skoro początkowo każda wypowiedź  jest dla niego niezrozumiała.  Pieszczota słowna to jedno, modulacja głosem z przedawkowaniem wyższych tonów to drugie.  Celem tym podobnych wypowiedzi poza próbą komunikacji jest często chęć zaskarbienia sympatii niemowlaka lub pokazanie innym jak dobre  ma się „podejście do dzieci”. Dla mnie osobiście to przejaw wtórnego upupienia. Dorosły „pozornie” zniżając się do poziomu malucha infantylizuje nie tylko swój język, ale i własną osobę w oczach słuchaczy.

Co więcej, według opinii logopedów stosowanie nadmiernych zdrobnień, spieszczeń i dzieciowych tworów językowych może mieć swój efekt uboczny i doprowadzić do wad wymowy u dziecka w przyszłości.

źródło : demotywatory.pl

źródło : demotywatory.pl

Pytanie więc czy gra aktorska warta jest świeczki? Zwłaszcza jeśli się jest aktorem ze spalonego  teatru występującego na zgliszczach poprawności językowej.

Nie taki żłobek straszny… , czyli gdy racja nie istnieje

Nie musisz posunąć się do rękoczynów by w oczach innych krzywdzić swoje dziecko. Wystarczy, że wracając do pracy poślesz je do żłobka, a część społeczeństwa zamieni twoje serce w kamień i okrzyknie bezduszną matką. To nie fikcja tylko internetowy głos mam, dla  których jedynie domowe macierzyństwo i samodzielna opieka nad dzieckiem jest  słuszną decyzją potwierdzającą miłość i gotowość do poświęceń. Taki dzień świra  bo

„Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza!”

A w obronie tej racji „najmojszej” to niejedna gotowa przegrzać klawiaturę, tak by rozgrzać do czerwoności swoje poczucie wartości.

Pomijając fakt licznych przejawów solidarności matczynych jajników, którego sama doświadczam w blogosferze, obserwuję nieustanne pojedynki na słowa i walkę w imię racji, która w pewnych kwestiach tak naprawdę nie istnieje.

Żłobek jest dla wielu zaprzeczeniem promowanego rodzicielstwa bliskości, przechowalnią gdzie zostawiasz dziecko w depozycie nie zważając na jego uczucia i emocje. A jeśli nadmienisz  pozytywne strony tego „bidula” to tylko próbujesz uciszyć resztki matczynego sumienia. Tu nie ma miejsca na polemikę.

Mimo to wtrącę  swoje trzy grosze i nie jest to próba racji najmojszej, a jedynie wynik obserwacji.

Po miesiącu trudnego okresu adaptacji  doszliśmy do miejsca, w którym Mały Człowiek oswoił się z nową sytuacją. To był najtrudniejszy czas w moim życiu. Etap rozdarcia, wątpliwości i ciągłych pytań czy to była dobra decyzja ( choć nie wiem czy to właściwe  słowo, zwłaszcza jeśli : „decyzja” podyktowana jest koniecznością). Dużo łatwiej jest postanawiać coś w sprawie własnej osoby, trudniej gdy rozstrzygasz wewnętrznie o tym co dobre dla dziecka. Wracając do tematu obserwacji. Poranek i rozstanie nie jest już opłakanym rytuałem, a popołudniowe powitania są najpiękniejszym doświadczeniem bliskości i potwierdzeniem wzajemnego „dobrze, że jesteś”. Popołudnia to czas gdy jesteśmy dla siebie na sto procent, a wszystko inne schodzi na plan dalszy. W słowniku Małego Człowieka obecnie na topie słowo „samodzielność„, które daje o sobie znać zwłaszcza w porze posiłków. Nie mam poczucia krzywdy, no chyba, że muszę obudzić słodkiego buziaka, który śpi w najlepsze, a pora wstawać. Nie ważne, że mówi więcej, próbuje układać klocki i generalnie robi postępy. Przede wszystkim jestem spokojna, bo widzę, że akceptuje sytuację i odnajduje się w niej coraz lepiej. To mi wystarczy.