Dzielny jak pacjent

lekarze

źródło : czołówka serialu „Lekarze”

Pamiętam Dr Quinn i niedzielne rodzinne seanse u babci. Japoński telewizor, władza absolutna najstarszych i niepodważalne decyzje w kwestii wyboru programu (zresztą tak naprawdę nie było w czym wybierać). Z podziwem oglądaliśmy młodą lekarkę, której perypetie miały zastąpić zawiłe miłosne wątki rodziny Carringtonów. Kilka lat później byliśmy świadkami wydarzeń w Leśnej Górze i marzył nam się równie profesjonalny zespół troskliwych lekarzy gotowych do poświęceń dla dobra pacjentów. Obecnie nasze serca podbija zespół chirurgów jednego z toruńskich szpitali, którym z zamkniętymi oczami dalibyśmy się pokroić. W naszych umysłach od lat tworzył się wyidealizowany obraz lekarzy daleki o rzeczywistości.

A jaka jest rzeczywistość?

Temat rzeka, co więcej masz wrażenie, że cały czas płyniesz pod prąd. I jeśli chcesz być ogólnie zadowolonym pacjentem z różowymi okularami na nosie to albo musisz nie chorować albo leczyć się prywatnie. Żeby nie było, daleka jestem od generalizowania i wrzucania wszystkich do jednego wora.  Jednak reasumując prawie dwudziestoośmioletnie życie z kilkoma epizodami ze służbą zdrowia w tle oraz ostatnie wydarzenia, przychodzą mi do głowy tylko dwie opcje. Albo jestem w tej kwestii pechowcem albo naprawdę jest tak, że prawdopodobieństwo ustrzelenia dobrego, przejętego twym zdrowiem lekarza w państwowej przychodni jest bardzo małe żeby nie powiedzieć znikome.

Jednak o ile jestem w stanie zdzierżyć, że doświadczyłam tego nie raz na własnej skórze, to fakt eksperymentowania na półtorarocznym (do tego moim osobistym) dziecku już niekoniecznie. Mały Człowiek odkąd żłobkuje zmaga się z infekcjami. Tak, wiem, że przez pierwszy rok trzeba się z tym liczyć bo dziecko musi nabyć odporności. Z drugiej strony jeśli lekarz po przedłużającej się infekcji proponuje naturalne metody leczenia z kolejnymi syropkami do apteczkowej kolekcji, a pół wizyty spędza z książką w nosie to coś nie gra. Na domiar złego po „trzydniowej” zaleconej kuracji stan dziecka pogarsza się do tego stopnia, że kończy się zapaleniem oskrzeli, spojówek i obustronnym ucha środkowego.  Przyznaję, też nie jestem zwolennikiem wprowadzania leczenia antybiotykowego przy każdym katarku, jednak z drugiej strony czy trzeba czekać aż choroba rozwinie się do tego stopnia by podjąć radykalne zmiany w sposobie leczenia. Tego nie wiem. Wkurza mnie jednak tak lekkie podejście do tematu zdrowia małych pacjentów, u których choroba może się rozwinąć w zawrotnym tempie. Gdybym zaufała, zaczekała do wskazanego terminu kontroli i w nieskończoność liczyła na poprawę to kto wie jakby się to skończyło.  Wolę nie myśleć.

Podsumowując, w tej całej społeczności państwowej służby lekarskiej coraz częściej można trafić na znachora, szamana, zielarza, coraz rzadziej na prawdziwego lekarza. A pacjent?Pacjent nie musi być zdrowy,  pacjent musi być dzielny.

Reklamy

5 thoughts on “Dzielny jak pacjent

  1. Niestety masz rację, będę przez tygodnie w szpitalu widziałam chyba z nastu lekarzy na różnego rodzaju obchodach, konsyliach etc. Tylko jeden raz mi wytłumaczył co mi jest inni rzucali hasłami. I tylko jeden (inny) zrobił coś „nadprogramowo”, aby mnie uspokoić i abym wiedziała, ze z Nowym Człowiekiem jest oki. Inni…cóż medyczny żargon i cóż nie ważne, ze ty nie wiesz co ci jest…

    Ale jako ciekawostkę powiem Ci, iż w Japonii, jak idziesz do lekarza to ci nic nie mówi, dostajesz tabletki, receptę i tyle. A zapytanie lekarza jest traktowane jako swoistą zniewagę i podważenie wiedzy i autorytetu.

  2. Ja z lekarzami mam tyle negatywnych doświadczeń, że nie starczyłoby stron by to opisać, szczególnie jak u mojej córki podejrzewano (na szczęście tylko podejrzewano) chorobę, dla której kluczowe znaczenie miała szybka diagnoza, a w całej Warszawie w godzinach wieczornych nie ma dyżurującego laryngologa (to tak na przyszłość, żeby wszyscy wiedzieli) dziecięcego. Nawet Centrum Zdrowia Dziecka odmówiło nam pomocy, bo tam owszem jakiś jest, ale obsługuje dzieci po 10 roku życia, córka pechowo wtedy miała 2. Szczęście, że podejrzenia nie potwierdziły się!!!
    Ale ja nie o tym.
    Dowiedziałam się ostatnio, czemu czeka się spory czas z wprowadzaniem mocniejszych leków dzieciom… ano temu, by w ogóle można je było wprowadzić. Faktycznie na katar antybiotyk – zdecydowanie nie. Nie wolno go nawet podać a ten kto go przepisuje to właśnie znachor. By móc zastosować antybiotykoterapię, choroba musi się rozwinąć, pojawić, wykluć, lub pójść na tyle daleko i wszechstronnie – jak np. zapalenie oskrzeli, ucha i innych jednocześnie. Wtedy właśnie można interweniować antybiotykiem. Na to są antybiotyki. Nie asekuracyjnie, a na już gotową z reguły ciężką chorobę.
    Ale rozumiem, też mnie wnerwia jak dzieciaki mi chorują po trzy tygodnie, męczą się, płaczą, marudzą i ogólnie są strasznie biedne, a ja leczę je ziołami!!!!

  3. Patrząc na studentów medycyny dumnych ze swoich umiejętności ściągania podczas egzaminów, dochodzę do wniosku, że w tym kraju nie można/nie warto chorować. Dwa lata temu lekarz, który opisywał mój wynik rezonansu magnetycznego, nie zauważył guza, który kilka miesięcy później musiał być operowany. Tyle w temacie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s