„Rozplatanie tęczy” czyli jak obudzić w dziecku wyobraźnię

Dziecko to wbrew pozorom wymagający odbiorca. Czasem nam dorosłym błędnie wydaje się, że do szczęścia i zabawy wystarczy mu prosty przekaz z infantylną nutką. Jednak tak naprawdę malec szuka i potrzebuje dużo więcej. Przede wszystkim chce poznawać świat, poprzez doświadczenia, w których ma swoje własne miejsce i odgrywa istotną rolę.

Coraz trudniej dziś o miejsca, gdzie dziecko nie jest traktowane jak potencjalna ofiara marketingowych zabiegów. Możemy zaobserwować, że zewsząd jest ono atakowane dziesiątkami impulsów, a efekt zamętu w malutkiej głowie my rodzice odczuwamy najbardziej na własnej skórze. Dlatego gdy znajdzie się miejsce o pozytywnym oddziaływaniu na zmysły i rozwój dziecka to chce się wracać tam jak najczęściej.

Teatr Małego Widza to miejsce dla najmłodszych, gdzie droga do krainy dziecięcej wyobraźni nie prowadzi ścieżką na skróty. Tu każdy szczegół zdaje się być przemyślany. Przestrzeń budynku pełna tajemniczych korytarzy, niebanalne zabawki czekające w foyer teatru już na samym wstępie przenoszą do magicznego świata.

Spektakl „Rozplatanie tęczy” okazał się być najbardziej trafionym prezentem mikołajkowym dla nas wszystkich. Nie wiem co działo się w główce Małego Człowieka, jednak zaskoczył mnie swoją koncentracją uwagi i  poczuciem humoru podczas oglądania sztuki. Obserwacja jego reakcji, komunikacji z otoczeniem i zabawy zaraz po przedstawieniu to bezcenne matkowe przeżycie.

i

ii

Nikt nie wie jakie historie malują kolory tęczy w głowach najmłodszych. Jedno jest pewne, spektakl usypia racjonalny umysł, przenosząc do krainy emocji, wrażliwości na doświadczenia i wizualne piękno.

Na uznanie zasługują sceniczne poczynania Agnieszki Czekierdy, która szybko zyskuje sympatię małych widzów i skupia ich całkowitą uwagę, co jest naprawdę nie lada wyzwaniem biorąc pod uwagę specyfikę wieku.

Matka poleca wszystkim odwiedzającym rodzinnie warszawską Starówkę. Teatr przy Jezuickiej to miejsce, którego bez wątpienia nie możecie przegapić.

Reklamy

Potargane myśli

Poranne mdłości.

Ostatni raz czułam się tak ponad dwa lata temu, gdy  zamieszkało we mnie „ciało obce”, które w końcowym efekcie postanowiło rozgościć się i zostać na dłużej. Słuchając szumu muszli docierają do mnie z zewnątrz spowolnione fale dźwiękowe niewyciszonego telefonu. Swoją drogą powinnam go przełączyć na tryb „czuje się do bani i nie zawaham się tego okazać, więc dzwonisz na własną odpowiedzialność”. Fala, odpływ, odbieram resztkami sił, myśląc, że na pewno to coś pilnego i powinnam. Koleżanka z pracy. Niepewna diagnoza ze znakiem zapytania „może jesteś w ciąży?”. Może i jestem – myślę sobie – jak mówią wszystko może się zdarzyć, choć z drugiej strony wolałabym by drugi kropek oszczędził nieco mój żołądek i nie wyciął z życia trzech pierwszych miesięcy wspólnej egzystencji. Wieczorem znajduję test jeszcze sprzed dwóch lat, który bez większego namysłu zaraz po przebudzeniu traktuję porannym siuśkiem. Przecieram zaspane, posklejane śpiochami oczy i niewyraźnie widzę drugą kreskę. Prawie spadam z klozetu. Został mi niecały jeden procent, że coś poszło nie tak i wynik jest błędny. Wiem, że za wcześnie by reagować w jakikolwiek sposób, tym bardziej, że w tak zwanym międzyczasie doczytuję, że klika miesięcy wcześniej upłynął termin ważności testu. Następnego ranka powtarzam działanie, tym razem pojawia się tylko kreska kontrolna.

Z jednej strony ulga, bo tego nie było w planach, z drugiej dziwne, nie do końca zrozumiałe „w sumie, to szkoda”.

Takie potargane myśli.