Przedawkowana marchewka

Pamiętam jak kiedyś ktoś mi powiedział, że pierwszym kupom na nocniku powinien towarzyszyć aplauz. Pomyślałam wtedy, że to nieco przesadzona teoria. Przyznaję, samodzielny komunikat o potrzebie wypróżnienia jest sporym krokiem do przodu, jednak czynność sama w sobie nie wydaje się być powodem do okazywania tak silnej ekspresji zadowolenia. W tej chwili jednak sama łapie się na zachwycie i  pochwałach, po cichu licząc na nocnikowy bis.

Zastanawiam się tylko jak nie przekroczyć granicy, by nie przekarmić dziecka marchewką. Nie chodzi mi tu tylko o nabywanie wcześniej wspomnianej umiejętności korzystania z nocnika, ale o wiele innych.  Wiem, że pochwała może być motywacją, wzmocnić wiarę w siebie i własne możliwości. Z drugiej strony my dorośli często „oczarowani” dzieckiem mamy skłonności do przesady i nadmiernego doceniania każdej błahostki, nawet tej, która nie wymaga zbyt wielkiego wysiłku i zaangażowania.

Dziecko obrasta w piórka bo każdym „pierdnięciem” wzbudza podziw….. do czasu. Dorastając wypatruje marchewki i często doznaje zawodu. Nagle okazuje się, że gdy zrobi coś źle zaczyna zwracać większą uwagę otoczenia. Na co dzień, ciągle spotykam dzieciaki, które nie lubią siebie, są zbuntowane. Widzą tylko kij  w domu i szkole, a każdego dorosłego mają za potencjalnego wroga.  Trudno zmienić ten tok myślenia i pokazać, że może być inaczej. W dzieciństwie przedawkowana marchewka może prowadzić do uzależnienia, a przecież „na głodzie” wszystko się może zdarzyć i trudno o samokontrolę. Dlatego wydaje mi się, że najważniejsze jest rozsądne dawkowanie.

Także smacznej, zdrowej marchewki
(bo tak nawiasem mówiąc każdy z nas, niezależnie od wieku potrzebuje konstruktywnej pochwały, szukając bodźca i motywacji do działania)

A co tam matko u was słychać?

Przyznaje się do zawodowego zboczenia. Moja słabość do artykułów papierniczej maści to istne kuriozum. Dlatego z wiosennych biedronkowych nowości w domu wybrałam zeszyt z motywatorem, który w pewnym sensie przyczynił się do powstania tej notki. 

Obrazek

Minęło 37 dni, więcej niż książkowy cykl miesiączkowy. Spadek formy, brak czasu, wiosenne przesilenie z nieustannym poszukiwaniem snu do poduszki to tylko kilka powodów. Czasem myślę, że w internetach potrzebny jest etap wylogowania, bo można przegapić to co ważne w realu.

A życie wiruje na 1400 obrotów i brakuje czasu na zwyczajne chwile, by móc bez pośpiechu cieszyć się tym co tu i teraz. Jednak za nami krótkie, ale radosne przystanki: odwiedziny mojej mamy i zapomniana ostatnimi czasy randka we dwoje, pierwsza wizyta Małego Człowieka u fryzjera – został mi tylko kosmyk jego loków (doświadczenie rodem pierwszej kupy na nocniku i wszystkiego co nowe, a co rodzice przeżywają najbardziej), wstawki syna z serii „mama nie ściemniaj” albo „dzieci nie lubią buziaków”, świąteczne spotkania z bliskimi połączone z poćwiartowaniem megazająca z czekolady (który jest dowodem na dziadkowego bzika na punkcie wnuka) i wiele innych. 

ps. Dziękuję tym, którzy czekali cierpliwie i motywowali do powrotu… do następnego